Rozdział II, zapraszam do czytania, za betę oczywiście dziękuję Retii, właściwie obie jesteśmy zgodne, że to nie beta, ja bym to nazwała SS- Subtelną Sugestią :)
II
Minęły dwa miesiące. Jenny zaczęła czytać listy od rodziców, ale wcale jej z tego powodu nie ulżyło. Poczucie winy niebezpiecznie rosło w jej sercu i umyśle. Codziennie obracała w dłoni kartkę papieru listowego, czytała urywki i zastanawiała się czy przyjechać na święta do domu. Tęskniła za nim. Szczególnie za morzem, za porannym krzykiem mew i za wierzbami, które rosły obok posiadłości.
Jenny żyła jak na autopilocie, była nieobecna i milcząca. Szkoła żyła własnym życiem obok niej. Dopiero, gdy pewnego ranka weszła do Wielkiej Sali dotarło do niej jak wiele się zmieniło w życiu jej przyjaciół. Znała wszystkie szczegóły wydarzeń, ale dopiero teraz zdała sobie sprawę, że w gronie jej najbliższych znajomych rozpętała się burza z piorunami, którą ona przeczekała bezpiecznie w świecie własnych rozterek.
Fowler rozstał się z Sookie, z którą był ponad dwa lata. Jak sam mówił, były to bardzo stresujące dwa lata. Sookie była chorobliwie zazdrosną Puchonką, choć zerwali z winy Fowler’a, który zdradził ją niemalże pierwszego dnia siódmej klasy. Ledwo z resztą uszedł z życiem po tym incydencie. Sookie rozbiła mu na głowie komplet najlepszych filiżanek Trelawney, goniła go przez wszystkie korytarze, okładając bezlitośnie podręcznikami. Fowler przez tydzień wyglądał jak ofiara przemocy w rodzinie, dopóki złość Sookie nie zamieniła się w smutek.
Mortimer wciąż dawał Jenny jednoznaczne sygnały, że mu na niej zależy, choć ona niejednokrotnie go odtrącała i odbiegała od tematu. Stawał się coraz bardziej niecierpliwy, prawie nachalny. Jenny mogła sobie tylko wyobrazić jak długo czekał, żeby się z nią związać, po nocach rozważań za i przeciw.
Duke, o którym nie było jeszcze mowy czuł się bardziej samotny niż kiedykolwiek. Pocieszenie znajdywał w kobietach, które rozkochiwał i porzucał niemal tego samego dnia.
Pochodził z bardzo szlachetnego, choć nieco podupadłego rodu czystej krwi. Jego ojciec był bardzo surowy. Mimo niezwykłej dojrzałości syna zjawiał się w szkole co miesiąc, by sprawdzić jak postępuje jego edukacja. Duke bardzo się go bał, choć myślał, że nikt o tym nie wie. Jenny jednak dobrze wiedziała. Była pełna podziwu dla chłopaka, bardzo szanował ojca, który przecież niejednokrotnie traktował go jak szmatę do podłogi.
Duke był cichy, surowy, powściągliwy, zupełnie jak jego ojciec. Nie chciał się do niego upodobnić, ale tak się po prostu stało.
Jenny obserwowała swoich przyjaciół i głowiła się nad ich tajemnicami, które chowali przed całym światem, a które dla niej były jak otwarta księga...
Smutek Sookie, która nie pogodziła się ze stratą Fowler’a, jej poczucie winy, że nie potrafiła go zatrzymać. Uczucia Mortimera, które w myślach stanowczo odrzucała, choć jej serce chciało czegoś zupełnie odwrotnego. Duke, który żył w cieniu ojca, jako jedyna osoba, która nigdy go nie zadowoli i nie będzie zasługiwać na choć odrobinę ciepła z jego strony.
Myśli o przyjaciołach odwracały uwagę Jenny od jej własnych problemów, które przerastały ją z dnia na dzień już od wielu lat.
*
Mortimer zaproponował, żeby Jenny spędziła z nim święta. Po raz któryś z kolei odmówiła. Ale Mortimer przyzwyczaił się do odmów z jej strony, więc nie czuł zawodu.
- Nie będę cię zmuszał – odparł po dłuższej ciszy.
- Matka chce żebym przyjechała na święta do domu... – powiedziała Jenny, mnąc w dłoni kawałek pergaminu.
- I...? – spytał. – Pojedziesz?
- Waham się.
Nastąpiła kolejna, krępująca chwila ciszy. Szli w milczeniu na zajęcia. Mortimer usilnie szukał dłonią dłoni Jennifer, ale zdołał ją ledwo musnąć, bo dziewczyna niespodziewanie zatrzymała się obok Dawn Warren. Czekał na nią, chciał wreszcie wyrzucić z siebie to wszystko co tłamsił w sobie od czterech lat, a na co ona nie dawała mu na to szansy. Czuł, że mu się wymyka, ucieka. Powinien był już dawno zacząć działać, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jeśli czegoś nie zrobi, straci ją i nie zdoła odzyskać.
Dawn powiedziała Jenny coś na ucho, wywołując subtelny uśmiech na jej twarzy. Potem odeszła w pośpiechu, a odwracając się, potrąciła Duke’a.
- Przepraszam... – wydukała nerwowo, ale uśmiechnęła się mimowolnie.
- Uważaj jak chodzisz! – warknął i schylił się, by zebrać książki, leżące u jej stóp.
Obdarzył ją pogardliwym spojrzeniem i odszedł w swoją stronę.
Dawn się nie przejęła. Jennifer obiecała sobie, że Duke gorzko pożałuje, że się tak zachował i nie mogła się doczekać kiedy mu to wygarnie. WSZYSCY wiedzieli, że Jenny przyjaźni się z Dawn, ale ignorowali ten fakt tak samo, jak ignorowali samą Dawn. W jakimś stopniu Jennifer czuła, że są do siebie podobne, obie nie pasują do miejsca, w którym się znalazły.
Jeśli chodzi o Dawn... Dawn była inna. Zawsze kiedy coś mówiła brzmiało to jak przeprosiny. Chyba nigdy nie pozbyła się maski wstydu, którą nieświadomie nałożyli na nią rodzice, kiedy urodziło im się niezwykłe dziecko.
Jennifer była dumna z tego, że nigdy nie użyła słowa „szlama”. To była z resztą zasługa Snape’a, który, nie wiedzieć czemu, pałał do tego określenia wyjątkową pogardą. Kiedyś pokłócili się o to z ojcem Jennifer. To była ich jedyna i najgorsza kłótnia, jaką udało jej się podsłuchać.
Flashback: Snape
- Nie będę jej uczył takich określeń! - warknął Snape.
- Jesteś sentymentalnym głupcem... - rzucił od niechcenia Sawyer Carrow.
- Nie będę z tobą tak rozmawiał... – powiedział Snape niepewnie.
Sawyer zaśmiał się głośno z pobłażaniem. Ten śmiech przeraził Snape’a, ujawnił jego słabość i naraził go na śmieszność.
- Jesteś nie tylko głupcem, ale i tchórzem. Niech wie jak świat jest zbudowany.
- Doskonale wie JAK świat jest zbudowany, umie to opisać posługując się lepszymi słowami!
- Nie będę z tobą dyskutował. To priorytet w tej rodzinie, jeśli jeszcze się nie zorientowałeś to czuj się poinformowany. Decyzje należą do mnie, Jennifer to moja córka, jestem jej ojcem!
- A ja nauczycielem!
- Więc ją ucz, ja ją będę wychowywał.
Tym razem zaśmiał się Snape. Brzmiało to trochę histerycznie, jak ironia potwierdzająca jego punkt widzenia.
Wiele kosztowała go ta kłótnia. Jego stosunki z Sawyer’em nigdy już nie były takie jak dawniej, ale przynajmniej postawił na swoim. W tej jednej kwestii nie zamierzał mu ustąpić.
*
- Craven!
Duke odwrócił się gwałtownie. Nie sądził, że ktoś może się aż tak nudzić, żeby wstać przed świtem i zakłócać mu jego samotny spacer.
- Duke Craven?
Dawn stała kilka metrów od niego. Był mróz, a ona nie miała na sobie kurtki. Jej policzki raziły z daleka ostrą czerwienią, która kontrastowała z ciemnymi włosami.
- Ty do mnie mówisz? - zakpił.
Pomyślał, że najwyraźniej się przesłyszał. Zaśmiał się pod nosem i poszedł dalej przed siebie.
Dziewczyna podbiegła i zagrodziła mu drogę. Wcisnęła mu w dłoń paczkę papierosów.
Duke był tak zaskoczony, że nie zdążył powiedzieć jej niczego obraźliwego. Obejrzał z bliska palce swojej prawej dłoni. Tej czystej dłoni, teraz skażonej.
- Ale numer... - pokiwał głową z niedowierzaniem. - Dotknęłaś mnie – stwierdził. – Pozwoliłem?
Dawn milczała.
Zapalił papierosa i wypuścił dym prosto w jej twarz.
Dziewczyna zadrżała. Zrobiła krok do tyłu. Nieśmiało utkwiła wzrok w ziemi i odeszła.
Duke jeszcze długo stał w miejscu, patrząc jak odchodzi. Czuł się brudny. Musiał się umyć.
*
- Zabiję go! – mówiła Jenny ze złością.
Cała się w środku gotowała. Miała ochotę zamknąć Duke’a w schowku na szczotki z dużą, agresywną sową.
- Miał gorszy dzień – Mortimer próbował bezskutecznie bronić przyjaciela.
- Zachował się jak...jak... – Jenny nie mogła znaleźć właściwego słowa w przypływie złości.
- Trochę go poniosło, ale rozumiem go.
Zapadła cisza. Jenny patrzyła na niego jak na zdrajcę.
- To znaczy, ja...- Mortimer chciał cofnąć te słowa, ale wiedział, że już za późno- Nie chciałem tego powiedzieć...
Jenny stała naprzeciwko niego, czekając na wyjaśnienia.
- Wiesz to, prawda? Nie jestem taki...Wiesz przecież.
Mortimer umilkł, bo Dawn przeszła obok nich. Uśmiechnęła się promieniście do Jenny, a ona odwzajemniła uśmiech. Teraz Mortimer myślał tylko o tym uśmiechu, i o tym jaką rozkosz sprawiało mu patrzenie na nią, kiedy była radosna. Ciepło wylewało się do jego serca jakby był po dwóch piwach. Jennifer była jego ulubionym narkotykiem, alkoholem, każdą używką. Mógłby ją pić bez końca i...
- Mortimer! – krzyknęła.
Ocknął się z zadumy.
- Słucham cię cały czas – zapewnił.
Jennifer nie chciała mu uwierzyć i poszła na lekcje, obdarzając go na pożegnanie chłodnym spojrzeniem.
*
Duke siedział sam na wieży zegarowej, paląc papierosa. Nie miał pojęcia, że znaczna część Slytherinu pali papierosy kupione przez Dawn. Właściwie można było się tego domyślić, w końcu kto jak nie ona miałby okazję bywać często w Londynie.
Chłopak rozkoszował się ciszą i złudzeniem, że wraz z dymem wydycha z płuc swoje obawy i lęki. Pokłócił się z ojcem pod koniec wakacji. Od tego czasu nie przyjechał do szkoły ani razu. Duke denerwował się, bo przywykł do tego, że ojciec sprawdza jego postępy w nauce.
Nie bał się kary za swoje zachowanie, tylko tego chłodu, zimnego obejścia, obojętności z jego strony. To bolało bardziej niż jakakolwiek kara i drążyło w jego sercu dziurę, której nie mógł niczym wypełnić.
Usłyszał za sobą czyjeś kroki. Odwrócił się. Ostatnia osoba, którą chciałby zobaczyć.
- Mogę usiąść? – spytała Dawn.
- Idź stąd – nakazał stanowczo, gasząc papierosa na kamiennej posadzce.
Dawn usiadła obok niego na podłodze, tuż przed tarczą zegarową.
Spojrzał na nią jak na wariatkę. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się, że ktoś go w ten sposób ignorował.
- Ogłuchłaś?! – wrzasnął. – Idź!
Krzyknął tak głośno, że wystraszył śpiące na dachu gołębie. Dawn zadrżała, ale nie ruszyła się.
Prychnął z niedowierzaniem.
- Wynoś się stąd! – wrzasnął.
Krzyczał. Głośno. Pozwoliła mu na to, chyba tego potrzebował. Wykrzyczał się i ucichł, utkwiwszy wzrok w pustej przestrzeni przed sobą.
Siedzieli po turecku obok siebie. W ciszy patrzyli na przykryte chmurami niebo.
Kiedy już się uspokoił popatrzył na nią. Chyba trochę się przestraszyła, ale nie na tyle, żeby odejść. Drżała, było jej zimno. Zdjął nieporadnie swoją marynarkę i rzucił jej na kolana. Nie odezwała się ani słowem. Założyła ją i siedzieli w ciszy.
Duke starał się o niczym nie myśleć. Wpatrywał się w jej oddech, w postaci pary, wydobywający się przez jej spierzchnięte usta. Zajął nią myśli i ku swojemu zaskoczeniu poczuł ulgę. Właśnie ta jedna osoba, której nie miał ochoty oglądać i do której czuł nieprawdopodobne obrzydzenie sprawiła, że ogarnął go niezmącony spokój. Spokój, którego pragnął od tak dawna.