Wielki powrót

piątek, 21.maja.2010, 09:30
Wracam w najbliższej przyszłości. Taką oto decyzję podjęłam. Tych, którzy czytali, postaram się powiadomić.
Powód dłuższej nieobecności: matura.
Póki co zadowólcie się szablonem, wciąż nad nim pracuję, to wersja robocza.
Pozdrowienia
Jenny
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział III

piątek, 9.października.2009, 17:53
Plausible future

Stali na dziedzińcu. Nawiązana dawno znajomość i niespodziewane przywiązanie stawało się dla obojga coraz większym ciężarem.
- To się nie uda... – szepnął.
- Dlaczego? – spytała.
- Zniszczą nas...Ciebie zniszczą...
- Nie martw się o mnie, dam sobie radę.
Utkwił wzrok w kamiennej posadzce. Stali w opustoszałym korytarzu, było późno, nikt nie mógł im teraz przeszkodzić w rozmowie, byli zupełnie sami.
- Przegrałem – odparł. – Oboje przegraliśmy.
Złapała go za rękę.
- Tylko jeżeli sami będziemy tego chcieli, a nie chcemy, prawda? – chciała się upewnić.
- Gdybyś tylko mogła wiedzieć jak bardzo...
Ucichł.
- Więc wciąż wszystko jest w naszych rękach – odparła, wpatrując się w odległy zakątek korytarza.
Stała tam stara rycerska zbroja, która nie rdzewiała, mimo upływu czasu.
- Nie chcę tylko, żebyś się poddał Duke... – powiedziała spokojnie.
Spojrzał na nią. Krążył palcami po jej dłoni.
- Nie zrobię tego – zapewnił - tylko musisz wiedzieć na co się porywamy...Po wszystkim może już z nas nic nie zostać, możemy wszystko stracić, wszystko co do tej pory zbudowaliśmy.
Jego głos brzmiał poważnie, wyczuła w nim nutę obawy, śmiertelnego strachu, który przeszywał go od trzewi aż po czubek głowy.
Uśmiechnęła się do niego promiennie.
- Chodź, pokażę ci coś – pociągnęła go za rękę.
Uśmiechnął się łobuzersko i dał się prowadzić.

*
Fowler stał na schodach przed wejściem do Wielkiej Sali. Czekał na Sookie, która zawsze spóźniała się na śniadanie. Nerwowo skrobał kamienną poręcz schodów, gdy usłyszał stukot jej pantofli. Poprawił szybko kołnierzyk. Sookie minęła go bez słowa. Gdy zawołał ją, obdarzyła go gniewnym spojrzeniem i dynamicznie ruszyła w swoją stronę. Widział tylko złość w jej oczach i te grube, popielate włosy, które odrzuciła do tyłu.
Fowler był z Sookie tak długo, że bardzo przeżył rozstanie. Właściwie czuł, jakby ktoś uciął mu nogę. Nie wiedział, dlaczego pokusił się o ten nieznaczący romans z Jane, przyjaciółką z dzieciństwa. Zaczęło się już na wakacjach, a we wrześniu Sookie wiedziała o wszystkim i rozpętała całe to piekło między nimi.
Po schodach właśnie wbiegał Duke. Fowler złapał go za ramię.
- Jak ja mam to odkręcić? – spytał.
Duke wzruszył ramionami.
- Spóźnimy się – odparł.
Fowler pokiwał głową.
- Nigdy nie zrobiłeś w życiu żadnej głupoty? – spytał Fowler.
Duke westchnął i zastanowił się.
- Zrobiłem taką masę głupot, że sobie nie wyobrażasz – powiedział.
- I jak to odkręciłeś?
- Nie odkręciłem – odparł Duke, uśmiechnąwszy się ironicznie.
- Chodźmy... – rzekł Fowler po dłuższej chwili ciszy.
Przyjaciele skierowali się na lekcje, na pierwsze piętro. Zaledwie dwa piętra niżej, w lochach, Jenny podsłuchiwała pod gabinetem Snape’a. Mistrz został pilnie wezwany w trakcie śniadania. Zdarzało się to wcześniej, ale nigdy nie wpadło jej do głowy, żeby go śledzić. Chyba dlatego, że zawsze mogła go zapytać, o co tylko chciała. Niestety nie na wszystkie pytania udzielał jej satysfakcjonujących odpowiedzi.
Jenny przyłożyła ucho do drewnianych drzwi i nasłuchiwała, co chwila odgarniając, opadający na oczy kosmyk włosów. Serce waliło jej jak oszalałe. Biła się z myślami, że może niechcący usłyszeć coś czego nie chce wiedzieć, że Snape ma powód, jeśli nie mówi jej wszystkiego.
- Emily, wiesz, że nie mogę, obiecałem...
- Tylko raz, tylko spojrzę... – błagała cienkim jak struna głosem.
- Będziesz mogła patrzeć do woli w grudniu, przyrzekam.
- Nie wierzę, nie wróci do nas, po tym co usłyszała od Sawyer’a...
- Przyjedzie, już podjęła decyzję.
Po tych słowach szloch kobiety trochę ucichł. Zdawać by się mogło, że opanowała zszargane nerwy.
- Ale wiesz, że tego nie chciałam, prawda? – upewniała się gorąco. – Powiedziałeś jej, powiedziałeś?
- Powiedziałem...
- I...? – spytała.
- Nie wiem. Nic nie odpowiedziała, wiesz, że nie mogę zajrzeć w jej umysł – odparł Snape.
- Wiem, wszystko wiem, byłeś dobrym nauczycielem, najlepszym i...Jesteś, byłeś i będziesz moją nadzieją... – wyszeptała.
Snape westchnął. Był zmęczony odpowiedzialnością, która ciążyła mu na barkach stanowczo za długo.
- Posłuchaj... – powiedziała cicho, tłumiąc łzy. – Sawyer odzyskał rozum, chce ją z powrotem, szczególnie teraz...Wiesz co mam na myśli, to już za rok...
Snape wydawał się coraz bardziej przerażony tym o czym mówi kobieta. Zupełnie nie wiedział co odpowiedzieć.
- Em... – zwrócił się do niej. – Postradałaś zmysły...
- Nie! – zaprzeczyła gorąco. – Na pewno to czujesz, Sawyer też...O niczym innym nie mówi.
- Co chcesz przez to powiedzieć? – spytał z obawą w głosie.
Emily zaśmiała się nerwowo.
- Przecież wiesz! – wysyczała. – Wiesz doskonale, widzę to...- powiedziała roztrzęsionym głosem.
Z każdym słowem czuł coraz większy żal do tej kobiety. Zawsze była szalona, ale teraz jej szaleństwo osiągnęło apogeum.
Kobieta otarła twarz z łez i wzięła głęboki oddech.
- Sawyer złoży jej propozycję nie do odrzucenia...Rozumiesz? – spytała. – Ona nie może jej przyjąć, powiedz jej to, każ jej. Ona nie może być jednym z nas, oszczędźmy chociaż ją.
Snape patrzył na nią, nie wierząc w to co słyszy.
- Nie będę mówić wprost, wiesz o czym mówię – odparła, szarpiąc go za lewe przedramię.
Snape wyrwał się z łatwością i kiwnął głową.
- Nie musisz się o nic martwić i chociaż to co mówisz jest nieprawdopodobne...
- Prawdziwe!
- Chroniłem ją tyle czasu, właściwie myślałem, że to koniec mojego zadania, ale zrobię co zechcesz.
Emily odgarnęła włosy. Teraz czuła, że jej córka jest bezpieczna. Teraz jest jej już wszystko jedno, może umrzeć, skoro ma pewność, że nic jej się nie stanie.
- Biedny mój Książe... – krążyła wokół niego szepcząc cicho. – Koniec jednego zadania, początek drugiego...W sierpniu mija jedenaście lat...
Oparła brodę o jego ramię i szepnęła prosto do ucha.
- ON wrócił...!
Jenny odsunęła się gwałtownie od drzwi. Była tak wstrząśnięta tym co usłyszała, że natychmiast pobiegła do wieży. Musiała się uspokoić i spokojnie przeanalizować nabyte informacje. W mgnieniu oka przeszła jej ochota na wizytę w domu. Prawdę mówiąc słabo jej się robiło na samą myśl o tym. Wróciły wspomnienia. Szczególnie to ostatnie, pierwsze święta w domu po przydziale. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek przyjęto ją we własnych progach tak chłodno...

*
Past Snape
W salonie, na fotelu przed marmurowym kominkiem siedział Sawyer Carrow. Wpatrywał się tępo w płomienie.
- Nie porozmawiasz z nią? – spytał Snape, stojący po prawej stronie fotela.
- O czym...O czym mam z nią rozmawiać? – spytał Sawyer.
Snape zawiązał dłonie z plecami i westchnął głośno.
- Wiem, że twoje plany uległy małej zmianie...
- Nie ma już żadnych planów...Wszystko się zmieniło – odparł.
- Wydaje mi się, że trochę dramatyzujesz, to przecież nie koniec świata, wciąż może być tak jak sobie tego zażyczyłeś.
- Nie... – powiedział. – Nie może być. Duma? Odwaga? Uczciwość? To nie cechy, jakich od niej oczekiwałem, których jej uczyłem...
- To tylko przydział, dom, jeden z czterech...
- Jeden z tych czterech był właściwy.
- Ale nie dla niej – odparł Snape.
- Właśnie – przytaknął Sawyer. – I nie dla nas.
Snape utkwił wzrok w podłodze. Co ma teraz powiedzieć małej? Że rodzina już jej nie chce?
- To...to nic nie znaczy Sawyer, a już na pewno nie znaczy, że mała nie może być Jego dobrym sługą, nie po to uczyłem ją tyle lat...
- Dobrze wykonałeś swoje zadanie i jestem ci wdzięczny, ale to koniec, plany uległy...przedawnieniu.
- Jennifer jest człowiekiem, nie możesz jej winić za coś, co nie zależy od niej – powiedział stanowczo Snape.
- Wiem...Dlatego to takie trudne, ale zrozum...Za duże ryzyko, po prostu się boję...
- To duże rozczarowanie, w pełni cię rozumiem, z pokolenia na pokolenie...Tak to musi być dla ciebie cios, ale zawsze uważałem, że jesteś na tym punkcie trochę przewrażliwiony.
Sawyer nie odpowiedział. Popijał wino z kieliszka i wpatrywał się w ogień, buchający w kominku.
- Co mam teraz zrobić? – spytał Snape.
Sawyer westchnął głęboko. Wstał i poklepał przyjaciela po ramionach.
- Dla mnie, przyjacielu, możesz ją nawet zabić.



Jenny
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział II

niedziela, 13.września.2009, 11:47
Rozdział II, zapraszam do czytania, za betę oczywiście dziękuję Retii, właściwie obie jesteśmy zgodne, że to nie beta, ja bym to nazwała SS- Subtelną Sugestią :)

II

Minęły dwa miesiące. Jenny zaczęła czytać listy od rodziców, ale wcale jej z tego powodu nie ulżyło. Poczucie winy niebezpiecznie rosło w jej sercu i umyśle. Codziennie obracała w dłoni kartkę papieru listowego, czytała urywki i zastanawiała się czy przyjechać na święta do domu. Tęskniła za nim. Szczególnie za morzem, za porannym krzykiem mew i za wierzbami, które rosły obok posiadłości.

Jenny żyła jak na autopilocie, była nieobecna i milcząca. Szkoła żyła własnym życiem obok niej. Dopiero, gdy pewnego ranka weszła do Wielkiej Sali dotarło do niej jak wiele się zmieniło w życiu jej przyjaciół. Znała wszystkie szczegóły wydarzeń, ale dopiero teraz zdała sobie sprawę, że w gronie jej najbliższych znajomych rozpętała się burza z piorunami, którą ona przeczekała bezpiecznie w świecie własnych rozterek.

Fowler rozstał się z Sookie, z którą był ponad dwa lata. Jak sam mówił, były to bardzo stresujące dwa lata. Sookie była chorobliwie zazdrosną Puchonką, choć zerwali z winy Fowler’a, który zdradził ją niemalże pierwszego dnia siódmej klasy. Ledwo z resztą uszedł z życiem po tym incydencie. Sookie rozbiła mu na głowie komplet najlepszych filiżanek Trelawney, goniła go przez wszystkie korytarze, okładając bezlitośnie podręcznikami. Fowler przez tydzień wyglądał jak ofiara przemocy w rodzinie, dopóki złość Sookie nie zamieniła się w smutek.

Mortimer wciąż dawał Jenny jednoznaczne sygnały, że mu na niej zależy, choć ona niejednokrotnie go odtrącała i odbiegała od tematu. Stawał się coraz bardziej niecierpliwy, prawie nachalny. Jenny mogła sobie tylko wyobrazić jak długo czekał, żeby się z nią związać, po nocach rozważań za i przeciw.

Duke, o którym nie było jeszcze mowy czuł się bardziej samotny niż kiedykolwiek. Pocieszenie znajdywał w kobietach, które rozkochiwał i porzucał niemal tego samego dnia.
Pochodził z bardzo szlachetnego, choć nieco podupadłego rodu czystej krwi. Jego ojciec był bardzo surowy. Mimo niezwykłej dojrzałości syna zjawiał się w szkole co miesiąc, by sprawdzić jak postępuje jego edukacja. Duke bardzo się go bał, choć myślał, że nikt o tym nie wie. Jenny jednak dobrze wiedziała. Była pełna podziwu dla chłopaka, bardzo szanował ojca, który przecież niejednokrotnie traktował go jak szmatę do podłogi.
Duke był cichy, surowy, powściągliwy, zupełnie jak jego ojciec. Nie chciał się do niego upodobnić, ale tak się po prostu stało.


Jenny obserwowała swoich przyjaciół i głowiła się nad ich tajemnicami, które chowali przed całym światem, a które dla niej były jak otwarta księga...
Smutek Sookie, która nie pogodziła się ze stratą Fowler’a, jej poczucie winy, że nie potrafiła go zatrzymać. Uczucia Mortimera, które w myślach stanowczo odrzucała, choć jej serce chciało czegoś zupełnie odwrotnego. Duke, który żył w cieniu ojca, jako jedyna osoba, która nigdy go nie zadowoli i nie będzie zasługiwać na choć odrobinę ciepła z jego strony.
Myśli o przyjaciołach odwracały uwagę Jenny od jej własnych problemów, które przerastały ją z dnia na dzień już od wielu lat.


*
Mortimer zaproponował, żeby Jenny spędziła z nim święta. Po raz któryś z kolei odmówiła. Ale Mortimer przyzwyczaił się do odmów z jej strony, więc nie czuł zawodu.
- Nie będę cię zmuszał – odparł po dłuższej ciszy.
- Matka chce żebym przyjechała na święta do domu... – powiedziała Jenny, mnąc w dłoni kawałek pergaminu.
- I...? – spytał. – Pojedziesz?
- Waham się.
Nastąpiła kolejna, krępująca chwila ciszy. Szli w milczeniu na zajęcia. Mortimer usilnie szukał dłonią dłoni Jennifer, ale zdołał ją ledwo musnąć, bo dziewczyna niespodziewanie zatrzymała się obok Dawn Warren. Czekał na nią, chciał wreszcie wyrzucić z siebie to wszystko co tłamsił w sobie od czterech lat, a na co ona nie dawała mu na to szansy. Czuł, że mu się wymyka, ucieka. Powinien był już dawno zacząć działać, ale dopiero teraz zdał sobie sprawę, że jeśli czegoś nie zrobi, straci ją i nie zdoła odzyskać.
Dawn powiedziała Jenny coś na ucho, wywołując subtelny uśmiech na jej twarzy. Potem odeszła w pośpiechu, a odwracając się, potrąciła Duke’a.
- Przepraszam... – wydukała nerwowo, ale uśmiechnęła się mimowolnie.
- Uważaj jak chodzisz! – warknął i schylił się, by zebrać książki, leżące u jej stóp.
Obdarzył ją pogardliwym spojrzeniem i odszedł w swoją stronę.
Dawn się nie przejęła. Jennifer obiecała sobie, że Duke gorzko pożałuje, że się tak zachował i nie mogła się doczekać kiedy mu to wygarnie. WSZYSCY wiedzieli, że Jenny przyjaźni się z Dawn, ale ignorowali ten fakt tak samo, jak ignorowali samą Dawn. W jakimś stopniu Jennifer czuła, że są do siebie podobne, obie nie pasują do miejsca, w którym się znalazły.
Jeśli chodzi o Dawn... Dawn była inna. Zawsze kiedy coś mówiła brzmiało to jak przeprosiny. Chyba nigdy nie pozbyła się maski wstydu, którą nieświadomie nałożyli na nią rodzice, kiedy urodziło im się niezwykłe dziecko.
Jennifer była dumna z tego, że nigdy nie użyła słowa „szlama”. To była z resztą zasługa Snape’a, który, nie wiedzieć czemu, pałał do tego określenia wyjątkową pogardą. Kiedyś pokłócili się o to z ojcem Jennifer. To była ich jedyna i najgorsza kłótnia, jaką udało jej się podsłuchać.

Flashback: Snape
- Nie będę jej uczył takich określeń! - warknął Snape.
- Jesteś sentymentalnym głupcem... - rzucił od niechcenia Sawyer Carrow.
- Nie będę z tobą tak rozmawiał... – powiedział Snape niepewnie.
Sawyer zaśmiał się głośno z pobłażaniem. Ten śmiech przeraził Snape’a, ujawnił jego słabość i naraził go na śmieszność.
- Jesteś nie tylko głupcem, ale i tchórzem. Niech wie jak świat jest zbudowany.
- Doskonale wie JAK świat jest zbudowany, umie to opisać posługując się lepszymi słowami!
- Nie będę z tobą dyskutował. To priorytet w tej rodzinie, jeśli jeszcze się nie zorientowałeś to czuj się poinformowany. Decyzje należą do mnie, Jennifer to moja córka, jestem jej ojcem!
- A ja nauczycielem!
- Więc ją ucz, ja ją będę wychowywał.
Tym razem zaśmiał się Snape. Brzmiało to trochę histerycznie, jak ironia potwierdzająca jego punkt widzenia.
Wiele kosztowała go ta kłótnia. Jego stosunki z Sawyer’em nigdy już nie były takie jak dawniej, ale przynajmniej postawił na swoim. W tej jednej kwestii nie zamierzał mu ustąpić.

*
- Craven!
Duke odwrócił się gwałtownie. Nie sądził, że ktoś może się aż tak nudzić, żeby wstać przed świtem i zakłócać mu jego samotny spacer.
- Duke Craven?
Dawn stała kilka metrów od niego. Był mróz, a ona nie miała na sobie kurtki. Jej policzki raziły z daleka ostrą czerwienią, która kontrastowała z ciemnymi włosami.
- Ty do mnie mówisz? - zakpił.
Pomyślał, że najwyraźniej się przesłyszał. Zaśmiał się pod nosem i poszedł dalej przed siebie.
Dziewczyna podbiegła i zagrodziła mu drogę. Wcisnęła mu w dłoń paczkę papierosów.
Duke był tak zaskoczony, że nie zdążył powiedzieć jej niczego obraźliwego. Obejrzał z bliska palce swojej prawej dłoni. Tej czystej dłoni, teraz skażonej.
- Ale numer... - pokiwał głową z niedowierzaniem. - Dotknęłaś mnie – stwierdził. – Pozwoliłem?
Dawn milczała.
Zapalił papierosa i wypuścił dym prosto w jej twarz.
Dziewczyna zadrżała. Zrobiła krok do tyłu. Nieśmiało utkwiła wzrok w ziemi i odeszła.
Duke jeszcze długo stał w miejscu, patrząc jak odchodzi. Czuł się brudny. Musiał się umyć.

*
- Zabiję go! – mówiła Jenny ze złością.
Cała się w środku gotowała. Miała ochotę zamknąć Duke’a w schowku na szczotki z dużą, agresywną sową.
- Miał gorszy dzień – Mortimer próbował bezskutecznie bronić przyjaciela.
- Zachował się jak...jak... – Jenny nie mogła znaleźć właściwego słowa w przypływie złości.
- Trochę go poniosło, ale rozumiem go.
Zapadła cisza. Jenny patrzyła na niego jak na zdrajcę.
- To znaczy, ja...- Mortimer chciał cofnąć te słowa, ale wiedział, że już za późno- Nie chciałem tego powiedzieć...
Jenny stała naprzeciwko niego, czekając na wyjaśnienia.
- Wiesz to, prawda? Nie jestem taki...Wiesz przecież.
Mortimer umilkł, bo Dawn przeszła obok nich. Uśmiechnęła się promieniście do Jenny, a ona odwzajemniła uśmiech. Teraz Mortimer myślał tylko o tym uśmiechu, i o tym jaką rozkosz sprawiało mu patrzenie na nią, kiedy była radosna. Ciepło wylewało się do jego serca jakby był po dwóch piwach. Jennifer była jego ulubionym narkotykiem, alkoholem, każdą używką. Mógłby ją pić bez końca i...
- Mortimer! – krzyknęła.
Ocknął się z zadumy.
- Słucham cię cały czas – zapewnił.
Jennifer nie chciała mu uwierzyć i poszła na lekcje, obdarzając go na pożegnanie chłodnym spojrzeniem.

*
Duke siedział sam na wieży zegarowej, paląc papierosa. Nie miał pojęcia, że znaczna część Slytherinu pali papierosy kupione przez Dawn. Właściwie można było się tego domyślić, w końcu kto jak nie ona miałby okazję bywać często w Londynie.
Chłopak rozkoszował się ciszą i złudzeniem, że wraz z dymem wydycha z płuc swoje obawy i lęki. Pokłócił się z ojcem pod koniec wakacji. Od tego czasu nie przyjechał do szkoły ani razu. Duke denerwował się, bo przywykł do tego, że ojciec sprawdza jego postępy w nauce.
Nie bał się kary za swoje zachowanie, tylko tego chłodu, zimnego obejścia, obojętności z jego strony. To bolało bardziej niż jakakolwiek kara i drążyło w jego sercu dziurę, której nie mógł niczym wypełnić.
Usłyszał za sobą czyjeś kroki. Odwrócił się. Ostatnia osoba, którą chciałby zobaczyć.
- Mogę usiąść? – spytała Dawn.
- Idź stąd – nakazał stanowczo, gasząc papierosa na kamiennej posadzce.
Dawn usiadła obok niego na podłodze, tuż przed tarczą zegarową.
Spojrzał na nią jak na wariatkę. Nigdy dotąd nie zdarzyło mu się, że ktoś go w ten sposób ignorował.
- Ogłuchłaś?! – wrzasnął. – Idź!
Krzyknął tak głośno, że wystraszył śpiące na dachu gołębie. Dawn zadrżała, ale nie ruszyła się.
Prychnął z niedowierzaniem.
- Wynoś się stąd! – wrzasnął.
Krzyczał. Głośno. Pozwoliła mu na to, chyba tego potrzebował. Wykrzyczał się i ucichł, utkwiwszy wzrok w pustej przestrzeni przed sobą.
Siedzieli po turecku obok siebie. W ciszy patrzyli na przykryte chmurami niebo.
Kiedy już się uspokoił popatrzył na nią. Chyba trochę się przestraszyła, ale nie na tyle, żeby odejść. Drżała, było jej zimno. Zdjął nieporadnie swoją marynarkę i rzucił jej na kolana. Nie odezwała się ani słowem. Założyła ją i siedzieli w ciszy.
Duke starał się o niczym nie myśleć. Wpatrywał się w jej oddech, w postaci pary, wydobywający się przez jej spierzchnięte usta. Zajął nią myśli i ku swojemu zaskoczeniu poczuł ulgę. Właśnie ta jedna osoba, której nie miał ochoty oglądać i do której czuł nieprawdopodobne obrzydzenie sprawiła, że ogarnął go niezmącony spokój. Spokój, którego pragnął od tak dawna.
Jenny
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Ogłoszenie i rozdział

niedziela, 30.sierpnia.2009, 09:25
Ogłoszenie
Po pierwsze i najważniejsze. Dodaję pierwszy rozdział.Wena uleciała, ale nie poddam się. Po prostu mi zależy.
Błędy są i będą, ale jak mówiłam miałam dłuższą przerwę w pisaniu. Za betę dziękuję Retii. Śmiało więc krytykujcie, zapewne będą błędy techniczne, bo nie zapoznałam się jeszcze z budowaniem dialogu ( lepiej teraz niż wcale).
W dziale na temat też się pozmieniało.
Po drugie. Otwarcie mojego Portfolio jeszcze sporo potrwa. Spowodowane jest to awarią sodtwaru mojego laptopa. Utraciłam wszystkie dane, grafiki, kody i niestety dokumenty też. Głupia ja, nie miałam kopii zapasowej.


I

Obudziła się gwałtownie, już po raz trzeci. Przyzwyczaiła się do nieprzespanej nocy, kiedy budziła się zlana potem z powiekami ciężkimi, jakby ktoś położył na nich funtowy odważnik. Zupełnie jakby miała nadzieję, że jej życie jest snem.
Łóżko zawalone było niezliczoną ilością gratów. Nigdy nie dbała o porządek, bo zawsze czuła się jak gość.
Dałaby wszystko, żeby wiedzieć dlaczego od ponad sześciu lat wciąż budzi się w tym dormitorium. Najwyraźniej WSZYSTKO, to zdecydowanie za mało.
Wstała z łóżka i usiadła na parapecie. Wszyscy dookoła spali, tylko ona rozważała właśnie za i przeciw wyjścia z wieży i pospacerowania po zamku.
Na pewno już nie zaśnie, ale była za stara na to, żeby Snape siłą zaprowadzał ją do wieży. W pierwszej klasie musiał to robić codziennie przez trzy miesiące, wciąż jeszcze się za to wstydziła. W końcu przestała go nachodzić i pytać się czy przyszedł jakiś list od rodziców, czy są na nią bardzo źli, czy można ją przenieść...

Nie, Nie wiem, Nie.


*
Flashback: Snape

Uczniowie wychodzili z Wielkiej Sali i pod opieką prefektów kierowali się w stronę dormitoriów. Jenny stała w drzwiach. Jej oczy i policzki przybrały kolor intensywnej czerwieni.
Podszedł do niej. Płakała. Było mu głupio, bo nigdy nie widział jej łez.
W końcu uspokoiła się trochę i spytała cicho:
- Może...może to pomyłka?
Pokręcił przecząco głową. Teraz wiedział, że zrobił błąd, bo łzy jeszcze obficiej płynęły po jej policzkach.
- Ty... - powiedział po chwili namysłu. - Nie jesteś pomyłką. Nigdy nie będziesz.
Patrzyła na niego wielkimi, zielonymi oczami.
Nagle kobieta w wysokiej tiarze chwyciła dziewczynkę mocno za rękę. Wyrwała się jej i otarła łzy rękawem.
- Czas iść. Już późno - powiedziała chłodno Mcgonnagall. – McGonagall!
- Tak - powiedziała Jenny, połykając łzy.- Za późno.
- Nie - odpowiedział, kręcąc głową. – Te łzy są...niepotrzebne- odparł z wahaniem.- Jutro dojdziesz do tego samego wniosku.
Chciał coś dodać, ale się powstrzymał. Czuł, że nie powinien.
- Idź - powiedział.
Jenny poszła posłusznie za McGonagall. Odwróciła się jeszcze parę razy w jego stronę.




*

Jenny nie zeszła tego dnia na śniadanie. Nigdy nie pozbyła się zakłopotania, jakie towarzyszyło jej od sześciu lat, gdy przebywała z Gryfonami, a już jedzenie w ich towarzystwie było istną torturą.
Do dziś pamiętała pierwszy dzień- te spojrzenia i szepty za plecami. Można powiedzieć, że już wtedy budziła nie lada sensację. Dziś mało obchodziło ją to, co o niej myślą. Chyba nawet trochę się jej bali. Przez sześć lat spędzonych w tej szkole będąc Gryfonką, zdążyła usłyszeć najrozmaitsze plotki na swój temat. W ich oczach zawsze była i będzie córką Śmierciożerców, której rodzeństwo odbywa wyrok w Azkabanie.
Jenny wyszła z wieży i skierowała się w stronę lochów. Po drodze, na schodach ktoś wręczył jej list.
- Przyszedł dziś rano, leżał na twoim miejscu... - powiedział chłopak.
- Dzięki Fowler... - Jenny od razu rozpoznała pieczęć Carrowów. - Jestem ci naprawdę... - zgniotła list w dłoni- wdzięczna.
Wyrzuciła śmiecia za siebie.
- Snape się wścieknie... - powiedział Fowler.
- Wie, że ich nie czytam, jeśli jest w nich coś ważnego sam mi mówi - odparła.

*

Wszedł do męskiej toalety. Podłoga była mokra. Było ciemno, ale widział z daleka jasne światło odbijające się od boazerii.
- O nie... - usłyszał cichy pisk.
Odwrócił się na pięcie. Klęczała w rogu nad umywalką. Naczynie było wypełnione wodą, w której pływały srebrzyste mgiełki. Niektóre miały kolor krwi. Podbiegł szybko i przytrzymał jej głowę, która niebezpiecznie wisiała nad taflą wody.
- Zabroniłem ci tego robić - powiedział ostro Snape - Nie umiesz selekcjonować...
Zamilkł na chwilę, bo zauważył, że jej powieki opadły ciężko. Była blada i miała ciemne sińce pod oczami, jakby nie przespała nocy.
Machnął różdżką w kierunku wody. Wspomnienia wróciły do właścicielki, która opadła na podłogę i zaczęła głośno kaszleć, jakby jej płuca stały się właśnie dwa razy cięższe.
- Kto puścił parę? - spytała.
- Nie twój interes - odparł, wstając z kolan i podnosząc ją za kołnierz szaty.
- Pewnie Mortimer...Tylko on wiedział.
- Ty nigdy nie dorośniesz, co? - spytał drżącym głosem.- Moje polecenia odbijają się od ciebie jak od ściany! - krzyknął.
Patrzyła na niego smutno.
- Listu oczywiście nie czytałaś - powiedział z niezadowoleniem.
Pokręciła przecząco głową.
- Do wieży, najkrótszą drogą, już! - obrócił ją w stronę drzwi.
Ruszyła szybkim krokiem.
Snape wysuszył podłogę zaklęciem i wyszedł. Jego twarz wykrzywiła się ze złości. Nigdy go nie słuchała, zawsze robiła po swojemu, ciągle na przekór. Przeklinał samego siebie, że nie był w stanie jej ukarać. Że stanowczo za bardzo się przywiązał. Zdawał sobie sprawę, że to nie ta sama słodka ośmiolatka, którą uczył na prośbę jej rodziców. Czas niemiłosiernie odciskał na niej swe piętno, a on, wbrew własnym zasadom, chciał być na to ślepy.

*

- Bardzo ci dziękuję! - krzyknęła.
Szli w kierunku lochów.
- Wyciągnął to ze mnie! - tłumaczył się. – Powiedział, że to dla twojego dobra, że coś ci się stanie...
- Umiem o siebie zadbać!
- Tak! I dlatego znalazł cię z głową w umywalce?
Zapadła cisza. Obok przeszło kilku Gryfonów, ich oczy przewierciły Jenny na wylot.
- Na co się gapisz?! - spytał Mortimer.
Zdenerwował się, pomyślała. Wyprowadziła go z równowagi. Wiedziała, że się przestraszył, że to tylko głupia troska.
- Nie potrzebuję opieki, rozumiesz? - spytała.- Oszczędź sobie...
- Po prostu nie mogę patrzeć na ich gryfońskie mordy... - zszedł z tematu.
- A ja to niby kim jestem? - spytała drwiąco.
Zamilkł. Uśmiechnął się sarkastycznie, a potem powiedział bardzo poważnie:
- Ale ty nie jesteś Gryfonką.
Odwróciła wzrok.
- Słyszysz? - spytał.- Nie jesteś Gryfonką, nigdy nie byłaś...
Usiedli przy stanowiskach. Wciąż na nią patrzył, oczekując reakcji. Ale ona nigdy mu nie wierzyła, chociaż często to powtarzał.
Przez drzwi wleciała szara sowa i usiadła na stanowisku tuż przed nosem Jenny. Czerwona pieczęć na kopercie była znakiem, którego nie znosiła oglądać.
- Muszę iść... -powiedziała, zbierając swoje książki do torby.
- Zaraz zacznie się lekcja... - powiedział, gdy przeszła szybko za jego plecami.
Snape wyszedł z zaplecza. Kątem oka dostrzegł ciemne ptaszysko na stoisku Jennifer.
- Nie...tak szybko - powiedział, kiedy jej noga przekroczyła właśnie próg.- Wracaj na miejsce.
Igrała z jego cierpliwością stanowczo za często, więc zgodnie z tym co podpowiadał jej rozsądek, wróciła niechętnie na miejsce. Poza tym bała się tego surowego, nieznoszącego sprzeciwu wyrazu twarzy, którym ostatnio często ją obdarowywał.
Snape wziął list i wysunął tuż przed jej twarzą.
Wzięła go niechętnie.
Do Sali zaczęli schodzić się uczniowie. Jenny schowała list do torby. Tym razem go przeczyta, tak jak jej kazał. Właściwie nawet nie kazał, chciał. Po prostu chciał, chciał, żeby go przeczytała.



Jenny
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

I

środa, 19.sierpnia.2009, 09:52
Uzupełniłam dział na temat
Uprzejmie proszę o powstrzymanie się od spamów. I tak będę je usuwać.
Dziękuję za pochwały i krytykę. Szczególnie to drugie będzie mile widziane :)


Nie wiem czy robię słusznie, ale rozdział faktycznie okazał się klapą. Zdarza się.
Dlatego musicie uzbroić się w cierpliwość i jeszcze na niego poczekać. Poprawię i za namową Retii zastanowię się nad betą. Są chętni?
Wkrótce dodam jakieś grafiki, żebyście mieli chociaż mgliste pojęcie na temat tego jak w rzeczywistości wyglądają moi bohaterowie.
Tak więc wystawiam waszą cierpliwość na próbę i mam nadzieję, że dacie mi jeszcze jedną szansę.
Jenny
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Prolog

piątek, 14.sierpnia.2009, 09:52
Dlaczego ja?

Setki razy zadawałam sobie to pytanie. I nigdy nie znalazłam odpowiedzi. Nigdy nie odkryłam też prawdy. W końcu musiałam zadowolić się kłamstwem. Wyobraźcie sobie mój strach kiedy mając jedenaście lat świat, w którym żyłam wyparł się mnie. Byłam małą, przysadzistą dziewczynką. Trudno o kogoś bardziej pospolitego niż ja.Tato zwykł mawiać: Jesteś prawie piękna panno Jenny Carrow

Wtedy, pamiętnego września 1990 roku nie wiedziałam, że wraz z końcem wakacji nastąpi koniec mojego dzieciństwa. Nie byłam rozkapryszonym dzieckiem, szanowałam wszystko co miałam, mimo, iż nie należałam do najuboższych. Moja duża rodzina zgromadziła pokaźny majątek. Wiedziałam, że to w dużej mierze zasługa fachu, którym się trudnili. Nigdy nie miałam złudzeń. Nie robił też na mnie wrażenia fakt, że jestem czystej krwi. W domu, od dnia moich urodzin uświadamiano mnie jaki spotkał mnie zaszczyt i jak bardzo powinnam być dumna. Kręciłam się wokół osób, których nie znałam, ale które doskonale znały mnie. Mówili, że zapoczątkowałam kolejne pokolenie. Wszyscy bardzo mnie chwalili, moje zdolności objawiły się bardzo wcześnie i z niezwykłą siłą. O ich rozwój dbał mój nauczyciel, który wkrótce stał się moim przyjacielem. Mając jedenaście lat otrzymałam list, iż zostałam przyjęta do Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Ojciec powiedział mi, że znajdę się w Slytherinie. Mówił, że wśród jego wychowanków są najpotężniejsi czarodzieje i, że to wielki zaszczyt. Jednak od samego początku prześladowało mnie jakieś dziwne przeczucie i ten dziwny stan towarzyszył mi, kiedy usiadłam na stołku na środku Wielkiej Sali, kiedy Tiara wykrzyknęła niespodziewanie:
- Gryffindor!
To co usłyszałam było dla mnie takim szokiem, że aż jęknęłam. To...to słowo brzmiało jak wyrok śmierci. Nie dowierzałam własnym uszom, to musiała być jakaś pomyłka. Po sali rozległy się szmery, widziałam poruszenie wśród nauczycieli, sam dyrektor spoglądał na mnie z zaciekawieniem. Zimne dreszcze przeszywały moje ciało, byłam sparaliżowana ze strachu. Tiara wykrzyknęła ponownie:
- Gryffindor!
To słowo wciąż kołatało mi w głowie: Gryffindor, Gryffindor.Wstyd rozsadzał mnie od środka, ale zachowałam się dumnie. Przełknęłam ślinę i wstałam ze stołka. Spoconymi dłońmi postawiłam na nim tiarę . Pomaszerowałam na wolne miejsce przy stole Gryfonów sztywna jak trzcina. Spojrzałam kątem oka na stół Ślizgonów, patrzących na mnie z odrazą. Byli jednak i tacy, którzy patrzyli ze zdziwieniem, prawie współczuciem. Chyba nie mogli uwierzyć, że to się dzieje naprawdę...tak jak ja.
Jenny
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:


Szablon wykonany przez autorkę na potrzeby opowiadania


Chcesz podobny?



MusicPlaylist
MySpace Playlist at MixPod.com